czwartek, 11 lutego 2016

Rozdział 6.

Słoneczny dzień

Harry’s pov:

To był pierwszy słoneczny dzień od bardzo, bardzo dawna. Naprawdę, nie pamiętam, kiedy ostatnio obudziły mnie promienie i śpiew ptaków. No i oczywiście budzik.
- Piątek. Damy radę. Hazz, weź się w garść. – mruknąłem do siebie i usiadłem na łóżku. Przetarłem dłońmi twarz i nabrałem głębokiego oddechu. Nawet się wyspałem, co od jakiś dwóch miesięcy mi się nie zdarza. Coś było nie tak, miałem dziwne wrażenie, ale potrząsnąłem tylko głową. Taki piękny dzień, a ja się zastanawiam co tu nie pasuje?
Wciągnąłem na siebie pierwsze lepsze spodnie, koszulkę założyłem przez głowę. Po kilku chwilach poszukiwań wśród tego całego bałaganu znalazłem też oba buty. Odbębniłem poranną toaletę, chwyciłem plecak i opuściłem pokój uprzednio zamykając drzwi na klucz. Biegiem ruszyłem przez korytarz, a potem ześlizgnąłem się po barierce na schodach. Jeden ze strażników popatrzył na mnie krzywo. 
- Jak się masz, Fred? – posłałem mu szeroki uśmiech zeskakując z ostatniego schodka. Goryl (tak nazywaliśmy strażników) wywrócił tylko oczami i ponaglił mnie gestem ręki. Pobiegłem z plecakiem przerzuconym przez ramię wprost do autobusu, gdzie była już sprawdzana obecność.
- Star. – wyczytał jeden z Goryli – Star?! – powtórzył głośniej, a gdy się nikt nie odezwał zapisał coś na kartce. Hm, co z Lindsey?
- Styles.
- Obecny. – odpowiedziałem zajmując swoje miejsce na tyle obok Nialla i Violi. Sprawdzanie obecności dobiegło końca, drzwi się zamknęły, a kierowca włączył silnik. Gdy wyjeżdżaliśmy przez bramę nagle autokar się zatrzymał, a drzwi otworzyły. Do środka wpadła zdyszana Linds i przepchnęła się niezgrabnie na tyły na swoje miejsce.
- Masz szczęście. – mruknął strażnik, gdy przechodziła obok niego. Ona jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Rzuciła plecak na wolne siedzenie i klapnęła na miejsce przy oknie nie racząc nikogo choćby spojrzeniem. Obok niej znajdowało się jedyne puste miejsce w autobusie. Pojazd ruszył.
- Hej, Star. Co z tobą? – Viola zwróciła się do dziewczyny.
- Zaspałam. – mruknęła opierając głowę o szybę i zamykając oczy. W dalszej części rozmowy naszej elity nie wzięła udziału.

*****

Lekcje mijały, a wrażenie, że coś jest nie tak, się nasilało. Nie mogłem tylko dojść co to takiego. Miałem okropne uczucie, że czegoś zabrakło, ale kompletnie nie miałem pojęcia czego.
- Jeszcze tylko jedna lekcja i weekend! – Louis był bardzo podekscytowany myślą o wolnym czasie. Normalnie też bym był, bo jest piękna pogoda, koniec miesiąca. Czego chcieć więcej? Wypłatę dostajemy pierwszego, a ja dzisiaj dostałem najwyższą ocenę z angielskiego, więc powinienem skakać ze szczęścia. Jednak coś ciągle nie dawało mi spokoju.
- Co teraz tak właściwie mamy? – nie mogłem się skupić.
- Ja mam zajęcia teatralne, a co ty masz, to nie mam pojęcia.
- Historia. – przypomniał mi Tony, który nagle pojawił się znikąd. – Słyszeliście wieści?
- Jakie wieści? – zainteresował się Tomlinson. Ja również skupiłem całą swoją uwagę na blondynie. 
- Cóż, po pierwsze to ma być wielka impreza w pobliskim klubie na przedmieściach miasta, a po drugie to znowu pojawi się ktoś nowy.
- Ktoś nowy? Znowu? – byłem naprawdę zdziwiony. Lindsey była totalnym zaskoczeniem, bardzo rzadko przyjmują kogoś po rozpoczęciu semestru. A teraz kolejna osoba? Ciekawe…
- Ale jak to? Kogo? – Louis również był w szoku.
- A czy to ważne? Ważne jest to, że gość wrócił zza światów. – wyszczerzył się Tony. Że co takiego?
- Serio?
- Przysięgam! No, bynajmniej tak słyszałem. Wiem jeszcze, że ponoć ma na imię Adam. Powinien się zjawić w internacie wieczorem.
- Ale kim on teraz jest? Zombie? – nie dowierzałem.
- Nie, zombie to osoby, które ZWIAŁY z krainy duchów. On WYSZEDŁ. Zanim umarł był Śpiewakiem. Viola mówi, że naprawdę silnym, więc trzeba wybadać sytuację. Może osłabł, ale równie dobrze mógł się wzmocnić…
- Jak to „wyszedł”? To niemożliwe! – Louis skrzyżował ręce na piersi.
- Jego pytaj, nie mnie. Czy ja ci wyglądam na Google? – Tony wywrócił oczami.
- Fakt, inteligencją nie grzeszysz. – parsknąłem. Niby żartem, ale nigdy specjalnie go nie lubiłem.
- Za to za urodę mam miejsce w piekle murowane. – odpowiedział kąśliwie i odszedł rzucając mi pogardliwe spojrzenie. Oczywiście, to było zniesmaczenie obustronne. Nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Nagle rozległ się huk, a potem ktoś krzyknął. I wtedy mnie olśniło!
- Już wiem! – powiedziałem sam do siebie. Louis popatrzył na mnie jak na wariata, po czym pobiegł gdzieś za mnie. Dzisiejszej nocy nie było krzyków ani wrzasków. Pierwszy raz Lindsey nie darła mordy na cały głos. Zbiegowisko wokół mnie przywróciło mnie na ziemię. Odwróciłem się, by zobaczyć co się w ogóle stało. Na ziemi przy szafkach leżała brunetka z zielonymi i niebieskimi pasemkami, a obok nad nią stała jakaś inna dziewczyna.
- Co się stało? – przepchałem się do Louisa, który klęczał nad nieruchomym ciałem. Nagle trafiło do mnie z opóźnieniem, że to Lindsey, a krzyczącą dziewczyną była Jade. 
- Nie wiem, szłyśmy, a ona nagle upadła… - Jade przeczesała ręką nerwowo włosy.
- Oddycha. – stwierdził szatyn – Niech ktoś idzie po pielęgniarkę!
Chwilę przed tym jak pojawiła się pani Calm, Lindsey odzyskała przytomność. Była blada, a jej oczy zaszklone. Miała nieobecny wzrok.
- Odsuńcie się, otwórzcie okno. – poleciła stanowczo pielęgniarka. Rozległ się dzwonek i większość uczniów się rozeszła do klas. Został Louis, Jade i ja.
- Już się lepiej czujesz? – spytała pani Calm, gdy Lindsey usiadła opierając się plecami o szafki.
- Tak, tylko jeszcze trochę kręci mi się w głowie. – powiedziała słabym głosem – Ale zaraz mi przejdzie.
- To twoja ostatnia lekcja? – zapytała kobieta przykładając Lindsey rękę do czoła, a ta pokiwała lekko głową. Zwróciła się do nas. – Możecie iść na lekcje. Harry, pomożesz mi przenieść ją do gabinetu?
- Oczywiście. – westchnąłem, ale potem napotkałem wystraszony wzrok Linds i automatycznie się szeroko uśmiechnąłem. Może z tej całej sytuacji wyjdzie coś dobrego? Mam parę pytań…
- Trzymaj ją mocno, by nie upadła. Ja zaraz do was dołączę, muszę pójść tylko do sekretariatu po usprawiedliwienia dla was. – wyjaśniła pani Calm pomagając Lindsey wstać i umieszczając jej rękę na mojej szyi. Musiałem się schylić, bo mimo koturnów dziewczyna była o wiele niższa ode mnie i było mi naprawdę niewygodnie.
- Zaraz, to nie wracamy już na lekcje? – zdziwiłem się.
- Harry, jeśli masz coś ważnego to oczywiście, że możesz wrócić. Tylko zostań proszę do czasu, aż ja nie przyjdę do gabinetu, dobrze? Nie chcę zostawiać Lindsey samej…
- Spokojnie, zostanę całą lekcję jak trzeba. – uśmiechnąłem się jak aniołek, a Lindsey parsknęła. Zwolnienie z lekcji bez konsekwencji? O, tak! Pani popatrzyła na mnie i z politowaniem pokręciła głową, a potem szybkim krokiem udała się po schodach na dół.
- Puszczaj mnie. – warknęła Lindsey próbując ściągnąć ze mnie swoją rękę. Ledwo stała, więc próba oczywiście się nie udała, a mi coraz bardziej przeszkadzało schylanie się do poziomu dziewczyny.
- Mogę cię wziąć na ręce? Jesteś strasznie niska. – mruknąłem próbując ją rozdrażnić. Szybko kucnąłem, wolną ręką chwyciłem ją pod kolana i podniosłem. Podrzuciłem ją lekko, by poprawić chwyt.
- Mam metr sześćdziesiąt siedem, to ty jesteś wielkoludem. O matko, nie rób tak... - powiedziała cicho wychylając się jak najdalej. Jakby z opóźnieniem zareagowała na to, że poderwałem ją z ziemi…
- Będziesz rzygać? – spytałem pół żartem, pół serio.
- Nie. – wywróciła oczami, ale chwyciła się za głowę – Puść mnie, kręci mi się w głowie… Mam lęk wysokości…
- Okay, brałaś coś? – zmarszczyłem brwi niosąc ją w stronę gabinetu pielęgniarki. Zachowywała się nienormalnie. Hm, chwila, chwila... – Serio coś brałaś?
- Nie… - mruknęła, ponownie z lekkim opóźnieniem. Jej oczy albo były wbite w jeden punkt, albo podążały za każdą ruchomą rzeczą w pomieszczeniu.
- Brałaś. – stwierdziłem ostatecznie. Objawy miała bardzo podobne do mnie, ale pytanie czy wzięła to samo? – Co to takiego? Na bezsenność?
- Nie, czemu miałabym brać coś na bezsenność? – zapytała zbita z tropu. Bo drzesz się co noc! – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos.
- Nie wiem, strzelam. Jakieś prochy?
- Nie, nie jestem ćpunką. – jęknęła chwytając się za głowę. Ból i zawroty głowy, małe opóźnienie w kontaktowaniu, omdlenie…
- Leki uspokajające. – powiedziałem. Dotarliśmy już pod gabinet, więc otworzyłem drzwi i wszedłem do środka uważając na to, by nie skrócić Lindsey o głowę.
- Auć, uważaj matole! – syknęła przyciągając kolano do siebie.
- To mogła być głowa, ja na twoim miejscu byłbym wdzięczny. – wzruszyłem ramionami i ułożyłem ją na kozetce. Oczywiście, równie niezdarnie, bo gdyby nie mój refleks, to dziewczyna miałaby spotkanie z podłogą. Z jej ust padło parę wyzwisk, ale nie przejęła się tak, jakby to zrobiła normalnie.
- Po co ci to? Nie potrzebujesz ich. – usiadłem na krześle po drugiej stronie pomieszczenia i przyjrzałem się twarzy Lindsey. Była bledsza niż zawsze.
- Nic o mnie nie wiesz. – odwróciła się przodem do ściany, a tyłem do mnie.
- Foch ci nie wyszedł, a ja mam ładny widok. – zaśmiałem się na to dziecinne zachowanie. Rzuciła parę kolejnych wyzwisk i gdybym nie znał jej od miesiąca, byłbym zdziwiony jej zasobem brzydkich słów. Zamiast rozmyślaniem nad jej obelgami, które i tak w ogóle mnie nie przejęły, korzystałem z tego, jak świetnie leżą obcisłe, skórzane spodnie na…
- Nie gap się na mój tyłek. – warknęła nie odwracając się.
- Chyba będziesz musiała mnie zmusić. – odpowiedziałem uśmiechając się złośliwie. No cóż, facet pozostanie facetem.
- Nie wytrzymam z tobą. – jęknęła zmieniając pozycję i położyła się na plecy. Przymknęła oczy.
- Nie zasypiaj. Pani Calm na pewno ma do ciebie parę pytań. – ostrzegłem ją – Na przykład skąd wytrzasnęłaś te tabletki. Są na receptę. Ukradłaś?
- Pani Calm sama mi je przypisała, więc nie musisz się o nic martwić. – uśmiechnęła się do mnie sztucznie i wywróciła oczami.
- Co?
- Możesz się w końcu zamknąć?
- Po co ci je przypisała? – byłem w szoku. Tabletki uspokajające dla tak drobnej dziewczyny jak Linds? To bez sensu! Ona nawet nikomu nie zagraża! No i najwidoczniej, wzięła za dużą dawkę na raz.
- Stresuję się szkołą. – odpowiedziała, po krótkiej ciszy.
- Zmyślasz.
- Oh, zamknij się w końcu! I bądź cicho, kiedy pani Calm tu wróci, jasne?! – spojrzała na mnie z groźbą w oczach.
- Czy… Czy ty mi grozisz? – próbowałem powstrzymać śmiech, oczywiście nieefektywnie.
- Nie, ależ skąd. – uśmiechnęła się w taki sposób, że muszę przyznać, przyprawiło mnie o ciarki na plecach. – Sugeruję.

____________________________________________________

Witam!

Dziękuję za miłe komentarze pod poprzednim rozdziałem, to bardzo motywujące ♥ Jesteście wspaniali!

Jak się podobał rozdział z perspektywy Harry'ego? Co myślicie? :) Piszcie, pragnę poznać Wasze opinie ^^

Ferie się skończyły... Eh, były zdecydowanie za krótkie. Jak Wam minęły? A może dopiero przed Wami? 

Jeśli macie jakieś pytania do opowiadania, treści, coś jest niezrozumiałe lub do mnie, to śmiało, piszcie w komentarzach, postaram się rozwiać wszelkie wątpliwości ;)

Dziękuję, że czytacie. To naprawdę wiele dla mnie znaczy ♥
N.x

2 komentarze:

  1. Hejka :) Widzę, że nie masz spamownika, więc bardzo przepraszam cię, że śmiecę ci pod postem, ale chciałabym cię bardzo serdecznie zaprosić do odwiedzenia mojego bloga it-makes-me-wanna-fly.blogspot.com miałam długą przerwę i przydałaby mi się rada kogoś kto robi to systematycznie :) pozdrawiam cię cieplutko i życzę wszystkiego dobrego i jak najlepszej weny! :) xxxx

    OdpowiedzUsuń

TEMPLATE BY NATH